centrum tańca jazzowego

 

Dance Fashion

Strój taneczny to coś więcej niż ozdoba. Musi pozwolić ciału się poruszać, a jednocześnie opowiedzieć widzowi, kim jest tancerz i jaki charakter ma taniec. Przez dwa stulecia moda i taniec nieustannie na siebie wpływały: nowe kroki wymuszały nowe krawiectwo, a nowe tkaniny pozwalały na coraz śmielszy ruch. W tym artykule prześledzimy tę historię od XIX wieku do dziś, a na koniec oddamy głos tancerce, która sama projektuje stroje taneczne.

XIX wiek: gorset, krynolina i splendor sali balowej

Walc, który w XIX wieku podbił Europę, budził kontrowersje, bo para tańczyła w uścisku. Ubiór łagodził skandal: panie nosiły suknie z wąską talią i szerokimi spódnicami z tiulu, jedwabiu i muślinu, mężczyźni frak i białe rękawiczki. W połowie stulecia sylwetkę rozdęła krynolina, która w ciasnej sali wymagała od tancerek wprawy. Ruch był elegancki, ale ograniczony, bo gorset utrudniał głęboki oddech.

W Polsce rozwijały się wtedy tańce narodowe i ich stroje. Polonez wymagał dostojeństwa, więc szlachta występowała w kontuszach i żupanach, przepasana pasem kontuszowym. Krakowiak był żywiołowy: czerwone kaftany, czapki z pawimi piórami i wstążki odpowiadały jego skocznemu rytmowi, a kobiety w kolorowych spódnicach i koralach dodawały mu barw.

Balet klasyczny: biel, tiul i rygor linii

Balet od początku opiera się na tym, że strój ma pokazać linię ciała, dlatego kostium zmieniał się wraz z techniką: im odważniejsze skoki i piruety, tym krótsza i lżejsza spódnica. Tutu romantyczne, w którym w 1832 roku Marie Taglioni wystąpiła w „Sylfidzie”, było długie, dzwonowate i z białego tiulu. Tworzyło wrażenie zjawy i pasowało do epoki, w której baletowe bohaterki były wilisami, sylfidami i duchami.

W drugiej połowie stulecia, w czasach Mariusa Petipy, spódnica skróciła się do tutu klasycznego, płaskiego „talerza” ze sztywnego tiulu. Widać w nim nogi, a to konieczne przy skomplikowanej pracy stóp i takich popisach jak fouetté w „Jeziorze łabędzim”. Dopełniał je obcisły stanik, usztywniany i ozdobiony kryształami, który wizualnie wydłużał szyję. Równie ważny jest trykot (ang. leotard, od nazwiska XIX-wiecznego akrobaty Julesa Léotarda) i rajstopy, które nie zasłaniają pracy mięśni. Rewolucją były też pointy: początkowo tancerki wspinały się na palce w miękkich pantofelkach, a dopiero wzmocnione noski pozwoliły na długie stanie na czubkach.

W XX wieku klasyczna formuła zaczęła się upraszczać. W 1924 roku Coco Chanel zaprojektowała dla Baletów Rosyjskich kostiumy do „Błękitnego pociągu”, czyli sportowe stroje plażowe, a George Balanchine w „Agonie” (1957) wyprowadził tancerzy na scenę w prostych czarnych i białych strojach treningowych. Zasada przetrwała do dziś: strój nie może odciągać uwagi od ruchu. Współczesny balet stawia też na inkluzywność: producenci oferują pointy i rajstopy w wielu odcieniach skóry, co jeszcze niedawno wymagało od ciemnoskórych tancerek samodzielnego malowania butów.

Początek XX wieku: wolność ciała

Isadora Duncan zrzuciła gorset i buty, tańczyła boso w lekkich tunikach inspirowanych antykiem. Był to manifest: taniec ma wyrastać z naturalnego ruchu, a strój nie może go krępować. Zupełnie inną rewolucją były Balety Rosyjskie Diagilewa, w których Léon Bakst zachwycał Paryż orientalnymi, intensywnymi kolorami, wpływając na modę całej epoki. W tym czasie do Europy dotarło także tango. Jego sensualny, napięty charakter wyrażały suknie z rozcięciem, buty na obcasie i męskie garnitury z kapeluszem, a strój podkreślał dramaturgię tańca.

Lata 20.–40.: charleston, swing i Hollywood

Charleston wymagał szybkich, kopanych ruchów, dlatego stroje flapperek stały się proste i krótkie: sukienki z frędzlami, które falowały przy każdym kroku, opaski na głowie i długie sznury pereł. Moda poszła tu za tańcem, a nie odwrotnie. W latach 30. i 40. swing i lindy hop potrzebowały swobody przy figurach akrobatycznych. Panie nosiły spódnice „w koło”, panowie szerokie spodnie, a zoot suit z wysokim stanem stał się symbolem subkultury. Hollywood dodał blasku: Ginger Rogers w sukni z piór i Fred Astaire we fraku z cylindrem zdefiniowali idealną elegancję tańca.

Taniec jazzowy: rytm ulicy i blask Broadwayu

Jazz dance wyrósł z afroamerykańskich tańców, takich jak charleston czy lindy hop, a następnie trafił na scenę rewiową i musicalową. Jego strój zawsze był bliższy codzienności niż baletowy, a jednocześnie bardzo wyrazisty. Na początku dominowały błyszczące kostiumy rewiowe, a gdy jazz zaczęto uczyć jako technikę, ćwiczono go w czarnym trykocie, legginsach lub spodniach jazzowych i butach jazzowych z elastyczną, dzieloną podeszwą, które pozwalają ślizgać się po podłodze i czuć stopę.

Najbardziej rozpoznawalny styl stworzył Bob Fosse. Jego choreografie, jak w „Chicago” czy „Kabarecie”, opierały się na minimalizmie: melonik, czarny strój, białe rękawiczki. Wygięte do środka kolana, zgarbione ramiona i drobne gesty dłoni wymagały kostiumu, który podkreśla sylwetkę, a sam melonik stał się znakiem rozpoznawczym stylu. Zupełnie inny charakter miała „West Side Story” Jerome’a Robbinsa (1957), gdzie dżinsy, koszulki i kolory odróżniające rywalizujące gangi uczyniły ze zwykłej ulicznej odzieży kostium sceniczny.

Lata 50.–90.: bunt, dyskoteka i ulica

Rock’n’roll przyniósł spódnice „pudelki” z licznymi halkami, które pięknie wirowały przy obrotach, oraz skarpetki i mokasyny. Lata 60. to twist i go-go: mini, kozaki i geometryczne wzory. W latach 70. rządziło disco: cekiny, lycra, buty na platformie i biały garnitur Travolty w „Gorączce sobotniej nocy”, który stał się ikoną epoki. Lata 80. wprowadziły do mody getry, ocieplacze i body, a razem z breakdance’em i hip-hopem na scenę wkroczył streetwear: dresy, szerokie spodnie, sneakersy i czapki. To dowód, że strój taneczny nie musi być kostiumem, bo źródłem stylu może być sama ulica. Michael Jackson z pojedynczą błyszczącą rękawiczką pokazał zaś, że jeden detal wystarczy, by stworzyć wizerunek.

Dziś: technologia, sport i różnorodność

Współczesny taniec towarzyski to osobne światy. W kategorii standardowej królują długie, lekkie suknie z piór i tiulu oraz fraki. W latinoamerykańskiej tancerki występują w krótkich, wyciętych kreacjach, a strój pomaga uwydatnić pracę bioder. Kryształy i elastyczne tkaniny sprawiają, że suknia jest zarazem dziełem krawieckim i sprzętem sportowym. Flamenco zachowało swój charakterystyczny wygląd: suknia z falbanami i długim trenem (bata de cola), kropki, szal i kastaniety. Tradycja stała się tu znakiem rozpoznawczym, a nie pamiątką.

Dziś o strojach decydują też tkaniny techniczne, które odprowadzają pot i rozciągają się w każdym kierunku, oraz większa otwartość na kostiumy bez podziału na „męskie” i „damskie”. Rośnie zainteresowanie materiałami z recyklingu. Jazz łączy się z tańcem komercyjnym i współczesnym, więc tancerze występują w sportowych zestawach, crop topach, szerokich spodniach i sneakersach, a o wyrazie decyduje raczej kolor i faktura tkaniny niż klasyczny kostium.

Strój i charakter wybranych tańców w pigułce

Taniec

Charakterystyczny strój

Charakter tańca

Walc

suknia z tiulu, frak

elegancja, bliskość pary

Polonez, krakowiak

kontusz i żupan; kaftan i pawie pióra

dostojeństwo; żywiołowość

Balet klasyczny

tutu, trykot, pointy

idealna linia, lekkość

Tango

rozcięta suknia, obcasy, garnitur

namiętność, napięcie

Charleston

sukienka z frędzlami, perły

szybkość, swoboda

Jazz (Fosse)

melonik, rękawiczki, czerń

ironia, precyzja gestu

Disco

cekiny, platformy, biały garnitur

blask, parkiet

Hip-hop

dres, sneakersy, czapka

ulica, indywidualność

Flamenco

suknia z falbanami, bata de cola

pasja, rytm, tradycja

Głos tancerki: rozmowa z Julią Sadowską z Julii Baletowo

Historia mody tanecznej ma też swój współczesny rozdział, pisany przez samych tancerzy. Julia Sadowska jest solistką baletu, założycielką marki Juli Garden i sklepu Julii Baletowo. Sama testuje swoje projekty na sali i na scenie, a stroje, które tworzy, to głównie ubrania do codziennych lekcji i prób, ale czasem także kostiumy do występów.

Skąd wzięła się marka

Czego brakowało Pani w dostępnych kostiumach, co dziś decyduje o stylu Juli Garden?

Sama jestem tancerką i muszę przyznać, że momentami bywam dość wybredna, marudna i wymagająca. Z moich potrzeb tak naprawdę wzięła się ta marka. Kiedy kończyłam szkołę, biznes kostiumowy nie był jeszcze tak rozwinięty, nie było tylu marek co teraz, a sprzedaż internetowa dopiero raczkowała. Mogłyśmy korzystać w zasadzie z jednego sklepu w Łodzi, w którym szyto kostiumy bardziej z myślą o gimnastyce artystycznej. Od początku nie trafiały w mój gust i nie przekonywały mnie ani kolorystyką, ani krojem, ani materiałami, ani samym sposobem uszycia. Nie było jednak innego wyjścia.

To była moja pierwsza styczność z kostiumami innymi niż te, które nosiłyśmy przez dziewięć lat w szkole baletowej. Tam wszystkie byłyśmy odgórnie zmuszone do noszenia jednakowych, bardzo prostych, wręcz podstawowych strojów, szytych przez szkolną pracownię krawiecką. Inspiracją były dla mnie kostiumy koleżanki z klasy, która wylądowała w Berlinie. Wtedy wydawały mi się niesamowite.

Potem był jeszcze jeden ciekawy moment: wyprawa do Chin na trzytygodniowe tournée z „Jeziorem łabędzim”. Znalazłam tam dwa sklepy baletowe. W pierwszym byłam zachwycona krojami, kolorami, po prostu wszystkim. Wzięłam do przymierzalni około dwudziestu kostiumów, ceny były świetne i byłam przekonana, że kupię sobie przynajmniej dziesięć. Jakie było moje rozczarowanie! Jeden miał za krótkie ramiączka, drugi był za wąski, trzeci za szeroki, czwarty za bardzo wchodził pod pachę, piąty mnie gryzł, w siódmym biust wychodził mi na szyję, a w ósmym materiał sięgał pępka. Nic się nie zgadzało i to mnie totalnie zmobilizowało. Powiedziałam sobie: trzeba zacząć projektować na proporcje europejskie. Dziś trochę rozumiem, jak to działa: produkty z Chin nie zawsze są wykonane z należytą dbałością i coś mogło być po prostu zrobione niedbale.

Wyszłam stamtąd z jednym kostiumem, który i tak musiałam sama przerobić, przeszywając dosłownie jeden kawałek materiału. Przynajmniej wiedziałam, że po przeróbce będzie dobry. Co ciekawe, przetrwał do dziś, mimo tylu lat prania. Teraz słyszę głosy od klientek, z których niektóre kupują u mnie latami i wracają po kolejne kroje. Mówią, że kostiumy świetnie leżą, że podkreślają linię, wyszczuplają, wszystko jest na swoim miejscu i świetnie trzymają. To dla mnie bardzo motywujące i po prostu wspaniałe uczucie, że to, co robię, ma sens.

Estetyka kontra wygoda

Jak godzi Pani estetykę sceny, czyli linię, lekkość i elegancję, z wygodą i swobodą ruchu podczas intensywnego treningu?

Nigdy nie przedkładam wyglądu kostiumu nad jego praktyczność. Uważam, że dobra rzecz musi być praktyczna: musi nadawać się do noszenia latami i nie może sprawiać problemu z praniem. Przede wszystkim ma być super wygodna, tak żebyśmy chciały ją mieć na sobie i nie myślały o tym, żeby ją zdjąć. Kiedy wracamy do domu i marzymy, żeby zdjąć rajstopy, szpilki i stanik, kostium ma być po prostu naszą drugą skórą. Udaje mi się to w 100%.

Jeśli chodzi o linię, to wydaje mi się, że to pojęcie uniwersalne. Piękną linię ciała można zachować zarówno w odzieży sportowej, jak i w typowo baletowej, tanecznej, romantycznej. Styl to jedno, a zachowanie linii i proporcji, spojrzenie na sylwetkę okiem widzącym proporcje, to osobna sprawa. Dlatego myślę tak o niektórych moich kostiumach, a także o spodenkach, które są moim bestsellerem i osobiście ulubionym elementem garderoby. Ćwiczę w nich non stop, mam pięć par i ciągle je rotuję. Ich krój i cięcie są dla mnie po prostu idealne. Widzę, że mnóstwo osób nosi je bardzo często, także na zdjęciach i relacjach z innych teatrów. Doceniają, że mają w sobie lekką delikatność i kobiecość, a jednocześnie są po prostu szortami, czyli czymś bardziej sportowym.

Tradycja i nowoczesność

Historia baletu pokazuje, że kostium zmieniał się razem z techniką, od długiego tutu romantycznego po proste stroje treningowe. Które z tych tradycji inspirują Panią najbardziej i co w Pani projektach jest nowoczesne?

Kostiumy, w których ćwiczymy, mamy lekcje i próby, różnią się od kostiumów scenicznych. Te drugie są projektowane do spektaklu. W balecie nie zawsze jest tak, że kostium ma być piękny, zwiewny i lekki, podkreślając nasz taniec. Czasem ma pokazywać i opisywać postać oraz podbijać jej charakter. Głównie projektuję stroje do lekcji i prób, ale zaprojektowałam już kilka kostiumów scenicznych do spektakli i chcę iść także w tym kierunku. Oczywiście chcę, żeby były ładne, ale „ładne” jest pojęciem względnym, bo dla każdego może oznaczać coś innego.

Nowoczesne w moich projektach jest to, że łączą sportowe detale, takie jak zapięcie na zamek czy rękaw reglanowy, z dużą dozą elegancji. Nie jest to sam sportowy szyk, ale też nie tylko klasyczna kobiecość. Dziewczyny, które je noszą, mówią, że czują się w nich bardzo kobieco. Zależy mi na tym, żeby kostiumy łączyły poczucie kobiecości z wygodą. Mają sprawiać, że jesteśmy gotowe na wszystko, że jesteśmy tancerkami totalnie uniwersalnymi. W takiej odzieży możemy tańczyć taniec współczesny i klasykę, a także ćwiczyć różne inne techniki. Po prostu pasują do wszystkiego.

Historia mody tanecznej to historia stopniowego uwalniania ciała: od gorsetów i krynolin po lycrę i tkaniny techniczne. Balet buduje idealną, wydłużoną linię i wymaga stroju niemal niewidocznego, jazz opiera się na rytmie i osobowości, ale łączy je jedna zasada: dobry strój pozwala pokazać technikę i opowiedzieć widzowi, kim jest postać. Rozmowa z Julią Sadowską pokazuje, że ta zasada działa także dziś, na sali baletowej: strój do ćwiczeń ma być wygodny jak druga skóra, a jednocześnie podkreślać linię i dawać poczucie kobiecości. Moda i taniec wciąż się nawzajem inspirują.